Anime - Hentai

Autor: Abi-san

Rynek japońskiej animacji przeżywa ostatnimi czasy istny wysyp serii opartych na cieszących się ogromną popularnością w Japonii grach z gatunku hentai. Dobrze to czy źle? Moim zdaniem źle, a czemu - postaram się odpowiedzieć w tym oto artykule.

kimiWszystko zaczęło się niewinnie, od przeniesienia z ekranów komputerów popularnej gry hentai pt. To Heart na ekrany telewizorów w postaci 13-odcinkowej serii telewizyjnej. Muszę przyznać, iż jest to jedna z niewielu takich prób zakończonych pełnym sukcesem. Powstała bowiem bardzo miła i wzruszająca historia o grupie nastolatków ze szkoły średniej przeżywających swoje pierwsze miłosne wzloty i upadki. To Heart ma już swoje lata, ale nadal cieszy się ogromną popularnością i darzona jest wielkim sentymentem przez wielu fanów.

Miłe złego początki a koniec żałosny - ciśnie się dzisiaj na usta po pięciu latach, jakie minęło od chwili wydania To Heart. Kolejne próby przeniesienia gier hentai na grunt animacji kończyły się bowiem powstaniem kolejnych (nie bójmy się użyć tego słowa) gniotów będących jedynie lekko zmodyfikowaną kalką historyjek miłosnych rozgrywających się na terenie którejś_to_już_z_rzędu japońskiej szkoły. Jedyne, co się w tych historiach zmieniało to chyba krój mundurków i fryzury uczennic uczęszczających do owych szkół. Oczywiście zdarzały się wyjątki, niestety szybko gasły one w powodzi setki innych, nijakich i mdłych aż do bólu, opowiastek.

dacapoOprócz wspomnianych już mundurków pojawił się wkrótce jeszcze jeden element wyróżniający poszczególne tytuły - mianowicie jak autorzy anime podeszli do hentajowego pierwowzoru i jak daleko zmodyfikowali go na potrzeby serii. Pojawiły się jakby trzy ścieżki, którymi poszli scenarzyści danej serii. Ścieżka pierwsza: robimy anime o nastolatkach dla nastolatków i to dla tych naprawdę młodych nastolatków, czyli zero golizny, zero bielizny (no... może z paroma wyjątkami :) ) i innych takich świństw. Z pierwowzoru pozostają więc jedynie postacie i ogólny zarys relacji pomiędzy bohaterami. Na taką modłę zostało stworzone To Heart, jak również chociażby Da Capo, czy Kimi Ga Nozomu Eien. Nudne i odtwórcze romansidełka, których pierwsze raziło infantylnością i szalonymi pomysłami w postaci cyborga nakręcanego niczym budzik za pomocą wielkiego klucza (sic!) a drugie na siłę wprowadzanymi "rozterkami egzystencjalnymi" głównych bohaterów. Szczytem chały i kiczu jak dla mnie jest czteroodcinkowa seria OAV pt. One - jedno wielkie senne majaczenie, z którego widz cały czas próbuje dociec, co się w ogóle dzieje na ekranie, zazwyczaj z marnym skutkiem. Już pierwszy odcinek pozostawia ogromną ilość pytań, na które kolejne odcinki jak na złość nie dają niemal żadnej odpowiedzi. Jak dla mnie totalna porażka, moja rada - omijać duuużym łukiem. Z tego typu serii na mały plus zasługuje Kanon za sympatyczne postacie i odrobinę ikry w postaci walki z demonami :).

raimuiroSposób drugi - spuśćmy nieco z tonu, z hentaja zróbmy ecchi, wrzućmy co jakiś czas jakąś podwianą szkolną spódniczkę pokazującą majteczki czy błyśnijmy kobiecą piersią pod prysznicem, w gorących źródłach lub tez w szkolnej przebieralni. Tutaj jest już nieco lepiej, oczywiście nie brak pomyłek w postaci Raimuiro Senkitan czy Green Green, ale zdarzają się już całkiem znośne pozycje jak chociażby dosyć nierówne ale całkiem ciekawe Yami to Boushi to Hon no Tabibito, bardzo sympatyczne i milusie Popotan czy w końcu mroczne i tajemnicze Shingetsutan Tsukihime. Z podanych tytułów ciekawostką jest Yami to Boushi które zaliczyć można do rzadszego w grach hentai (a w anime w szczególności) nurtu yuri, czyli poruszającego kwestie echem... miłości damsko-damskiej. Duży minus ma u mnie natomiast Raimuiro Senkitan za głupawą historyjkę usiłującą naśladować zbrojny konflikt japońsko-rosyjski z początku XX w. oraz za udawanie anime z pogranicza drugiego i trzeciego nurtu. No właśnie trzeci nurt, czyli bezpośrednie przeniesienie gry hentai na ekrany telewizorów w postaci anime z dużym czerwonym 18 na okładce. W wypadku Raimuiro Senkitan wyglądało to jakby scenarzyście, a następnie rysownikom i animatorom zlecono zrobienie anime dla dorosłych, ale w ostatniej chwili się rozmyślono i na siłę usunięto wszystkie rozbierane sceny. Wynik jak należy się spodziewać wyszedł opłakany...

Trzeci nurt.... To tak naprawdę temat rzeka, ponieważ ogromna ilość animacji dla dorosłych pochodząca z Kraju Kwitnącej Wiśni to właśnie adaptacje gier hentai. Dla przyzwoitości (taaa... przyzwoitości przy TAKICH tematach ;) ) wymienię tylko kilka moim zdaniem ciekawszych tytułów jak Darling (superkomedia o... rysowniku mang dla dorosłych) Wordsworth (całkiem zgrabnie napisany kawałek fantasy z hmmm... momentami) Pia Carrot (dla miłośników jednej z najlepszych hentajowych dating-simów) czy Bible Black (dla młośników horrorów, okultyzmu i... tentakli oczywiście ;) ). Na osobną uwagę zasługuje wymieniony już wcześniej przeze mnie Green Green, dwunastoodcinkową serię TV zakwalifikowałem do grupy drugiej, jednak niedawno pojawił się tzw. Trzynasty odcinek o niedwuznacznym tytule Erolutions. W odcinku tym widać powrót do korzeni, ecchi zastąpiono powiedziałbym mocno rozbieranymi scenami, co jednak w żaden sposób nie podniosło atrakcyjności tej i tak kiepskiej seryjki. Ode mnie producenci mają jednak plusa za odwagę i porzucenie cukierkowatych i naciąganych klimatów z poprzednich odcinków, a że przegięli nieco za mocno w stronę odważniejszych scen... no cóż to już zupełnie inna para kaloszy.

toheartPrzedstawione przeze mnie tytuły są tylko czubkiem góry lodowej, jaką są animowane adaptacje hentajowych gier. Osobiście nie mam nic przeciwko dorosłym adaptacjom gier dla dorosłych. Te pozycje bowiem już z założenia będą odtwórcze - w anime tego typu bowiem fabuła (to one mają jakąś fabułę???) schodzi na plan dalszy i jest tylko tłem do pokazania łóżkowych (tudzież łazienkowych / onsenowych / dachowych / ubikacjowych / itpodobnych..) wygibasów w akompaniamencie jakże sugestywnych ochów i achów. Po "normalnych" seriach należy się spodziewać nieco więcej niż przystojnego chłopaczka - kapitana drużyny sportowej czy też dla odmiany skończonego ciamajdy otoczonego przez tłumek zakochanych w nim z niewiadomych powodów nastolatek.

yamiJak dla mnie jest to widoczny gołym okiem kryzys na nowe i ciekawe scenariusze jak i objawy lenistwa i potwornej komercjalizacji japońskiego świata animacji. Wystarczy tylko wziąć parę ładnych buziek z kolejnej hentajowej gierki, dorzucić przedstawicieli płci brzydkiej sztuk 2-3, ładnie zapakować i liczyć zyski ze sprzedaży kolejnego gniota. Reklama dźwignią handlu - skończenie gry jest zachętą do sięgnięcia po anime, z kolei tych, którzy nie grali anime może zachęcić do sięgnięcia po grę. Japończycy to dziwny naród, którego zamiłowanie do dziwactw (oczywiście dziwactw z europejskiego punktu widzenia) przekracza niekiedy wszelkie prawa logiki i zdrowego rozsądku. Serie anime powstałe na podstawie hentajowych gier będą więc nadal powstawać ponieważ na tego typu tanią rozrywkę jest popyt. Wielka szkoda, że gdzieś w tym zalewie tandety giną pozycje oparte na oryginalnych scenariuszach czy też ciekawych książkach i mangach. Myślę, że niejedna manga znacznie bardziej zasługuje na ekranizację niż kolejna gra z gatunku "zalicz je wszystkie". Szkoda, że jestem trochę odosobniony w swoim zdaniu...



blog comments powered by Disqus