Susumu Hirasawa - Świat odmieniony, choć inspirowany na...

Autor: Kaworu Nagisa
8 grudnia 2006


Susumu HirasawaSusumu Hirasawa. Któż nie zna Susumu Hirasawy? No sęk właśnie w tym, że łatwiej znaleźć całą chmarkę ludzi, która go nie zna, aniżeli kilka osób, które go znają. Nie wiem, z czego to wynika i pod pewnymi względami szczerze mnie to dziwi. Fakt, jest on w niektórych miejscach twórcą dość off'owym (muzyka komponowana na AMIDZE, wykorzystywanie energii słonecznej jako energii dla studia muzycznego i koncertów, video do teledysków robione również na komputerach typu AMIGA, etc.), ale to jest człowiek, który skomponował muzykę do anime takich jak: Berserk (utwór Forces stał się swoistym hitem wśród fanów anime z nieco wyższej półki), Millenium Actress (drugie anime Satoshiego Kona, którego dystrybucją na USA i Kanadę zajął się - uwaga - DREAMWORKS!), Paranoia Agent (wyśmienity, 13-odcinowy serial S.Kona zrealizowany już po Tokyo Godfathers, na które pieniądze wyłożył - i tu znów uwaga - SONY i to jeszcze przed rozpoczęciem prac do filmu!) oraz Paprika (najnowsze dzieło S.Kona). Jakim cudem bliski współpracownik jednego z najlepszych, najbardziej cenionych i znanych reżyserów japońskiej animacji, który pisze wyjątkową i nieprzeciętną muzykę jest wciąż twórcą nieznanym? Czy ktoś nie zna Joe Hisashiego, kompozytora do anime Hayao Miyazakiego? Czy ktoś nie zna Danny'ego Elfmana, który komponuje muzykę do filmów Tima Burtona? Jeżeli tylko interesuje się muzyką, watpię. A sęk w tym, że Pan Hirasawa jest nieznany nawet w Japonii.

Paranoia Agent OST - Susumu Hirasawa (CD)Kim jest 52-letni Hirasawa? Muzykiem, kompozytorem i (wydaje mi się) producentem, który ma za sobą co najmniej 25-letnią karierę, który (podobnie, jak Ryuichi Sakamoto w Yellow Magic Orchestra; i tego wszyscy znają!) był prekursorem muzyki elektronicznej (konkretnie nurtu określanego jako techno-pop) w Japonii. Susumu Hirasawa od 14 roku życia gra na gitarze elektrycznej (rozpoczynał od fascynacji muzyką punk rockową) i to doskonale słychać. Trudno mi ocenić jego umiejętności techniczne, ale pomysły na zastosowanie gitary w swej muzyce są fenomenalne, oryginalne, a co najważniejsze: zgodne z harmonią jego muzyki. Instrumenty klawiszowe oraz samplery to kolejne podstawowe i najważniejsze sposoby na budowanie HIRASAWA WORLD (zaraz wyjaśnię to określenie) przez muzyka. Dodać do tego należy pewną gamę rozmaitych dziwacznych instrumentów, które pojawiają się na jego koncertach (nie pytajcie mnie proszę, co to, bo podejrzewam tylko, że ich twórcą jest sam Hirasawa) oraz rzecz najbardziej go charakteryzująca - jego głos. Gdy usłyszałem soundtrack do Millenium Actress, byłem pewien, że za tą muzyką stoi jakis 25-letni młodzieniec, eksperymentator muzyczny, który poszukuje swej własnej drogi. W jakimż byłem błędzie, a zarazem zdziwieniu, gdy odkryłem, że Susumu Hirasawa miał wtedy 47 lat. Jego głos jest przepiękny i niezwykle młodzieńczy, jak na jego wiek, ale o tym za chwileczkę.

Wspomniałem o HIRASAWA WORLD. Jest to określenie wybitnie tutaj pasujące, stworzone przez jednego z krytyków muzycznych, którzy starali się określić jakoś gatunkowo jego muzykę. A że tego uczynić się po prostu nie da, to nazwali to po prostu Światem Hirasawy. I tak właśnie jest. Im nowszych jego płyt słuchamy (solowy projekt istnieje od 1989 roku i wciąż działa), tym bardziej zachodzimy w głowę, jakim cudem jeden człowiek "wyrzuca" z siebie płyty, które zawierają znane nam dźwięki, czesto wcale nie jakieś wielce oryginalne brzmienia, a jednak całość jest po prostu inna. Ponoć sekret kryje się w tym, że Pan Hirasawa nie słucha muzyki innych twórców, a po prostu zatapia się w świecie własnej muzyki. Efekty są aż nadto słyszalne.

Jego najnowsza płyta (wydana w 2006 roku) nosi nazwę Byakkoya i jest kolejnym krokiem naprzód w muzycznej ewolucji muzyka-kompozytora. Album otwiera utwór "The Westward of Time", a utwór rozpoczyna żeńsko-męski chór. Nie byłoby w tym niczego dziwnego, gdyby nie fakt, że - jak wspominałem - Susumu Hirasawa gustuje w muzyce elektronicznej łączonej z muzyką symfoniczną, własnymi popisami wokalnymi, gitarą elektryczną, do czego dodaje jeszcze elementy etniczne. Tuż po chórach zaszczycają nas typowe dla kompozytora partie smyczków, dalej już tylko wspólne popisy instrumentów dętych oraz perkusji. Chóry nie ustają aż do momentu, gdy zaczyna się pierwsza partia wokalna Susumu Hirasawy i wtedy muzyka zmienia się. Zmienia się jej barwa, jej nastrój, atmosfera. I radzę się do tego przyzwyczaić, bo tego rodzaju huśtawka jest "standardowym narzędziem" w "arsenale" kompozytora. Tego typu "patenty" charakteryzują jego muzykę. Jest to część jakiegoś stylu, który pozwala nam mówić o jego własnym świecie muzycznym. Podrażniłem muzyczne podniebienie czytelników, więc przejdę do drugiego tracku na krążku, czyli Byakkoya (The White Tiger Field), który otwiera gitara z efektem echo (również często spotykany "trick"), a do której dodano wokalne sample i tu już jestem pewien: wraz z czytelnikami "wdepnąłem" w muzyczną krainę tego 52-letniego "starca", który muzycznym wigorem daje popalić wielu młodzieńcom. Dalej rozpoczyna się śpiewana część utworu, spod której przebijają kolejne sample wokalne (często z efektem reverse). Całość znów miesza się z perkusją, smyczkami (są to prawie zawsze smyczki syntetyczne, z klawiszy) i utwór pędzi dalej. Trzeci utwór (obiecuję, że całości 10-ciu utworów analizować nie będę, bo zepsułbym zabawę potencjalnym zainteresowanym jego twórczością) rozpoczyna się rozbudowanym samplem smyczków, dalej niskie chóry męskie, wyższe chóry żeńskie i wysokie chóry żeńskie. Po nich solowy popis (z dodatkiem chórów męskich) jakiegoś etnicznie brzmiącego instrumentu (nieco przypomina dudy), perkusja i już za moment nieco eteryczny, nieco szeptany śpiew Susumu Hirasawy. Utwór oczywiście pędzi dalej i kompozytor zaszczyca nasze uszy już bardziej wyrazistymi wokalami. W tym utworze, podobnie, jak w innych, Susumu Hirasawa buduje swą muzykę na zasadzie segmentów (nieco bardziej zróżnicowanie, niż refren-zwrotka-refren-zwrotka, ale tak to najprościej można określić). Tyle, że te segmenty dość zgrabnie się przeplatają, uzupełniają i zmieniają, a przez to całość nie jest wcale monotonna. Raczej fascynuje.

Berserk  - Susumu HirasawaGwoli podsumowania płyty, którą wybrałem jako przykład twórczości kompozytora napomnę o ostatnim (wyśmienity wybór, bo to najlepszy, robiący największe wrażenie utwór) tracku czyli "Parade". Napomnę tylko, że z natury jestem istotą usilnie siedzącą lub chodzącą, ale to jest jeden z dwóch jego utworów, przy których po prostu hamulce mi puszczają i ciało samo chce tańczyć. Utwór otwierają instrumenty dęte oraz niesamowite sample wokalne Susumu Hirasawy. Wchodzą dynamiczne smyczki, do tego perkusja i zaczyna się marsz w stronę świata muzycznego Susumu Hirasawy. Gdyby ktoś chciał w filmie pokazać nieco psychodeliczny marsz maskotek, to ma już gotową muzykę i musi się tylko obawiać, by obraz nie wypadł blado przy tym utworze. Susumu Hirasawa zaczyna śpiewać i tutaj już "rozpływamy się" w pełni. Podbój serca się dokonał. Chwilę później nadchodzi zmiana atmosfery, zmiana uczuć (to, o czym pisałem wcześniej), by za moment powrócić do cudownego marszu. Znów wokalne sample (ich oryginalność i wyjątkowość wciąż każe mi padać na kolana), znowu śpiew, znowu zmiana atmosfery (i tu kolejna dawka wokalnych sampli, innych niż poprzednio). I tak ten utwór pędzi dalej, a to dopiero 2 i 1/2 minuty. To, co Susumu Hirasawa wyprawia dalej ze swym głosem i ze smyczkami oraz instrumentami dętymi przechodzi oczekiwanie słuchacza i sprawia, że definitywnie właśnie ten utwór jest "number one" z całej płyty. Około 3:20 utwór staje i zdaje się zaczynać znów od początku. Ha! Przyjemna zmyłka, która słuchających jednym uchem wyrwie z letargu. Utwór po prostu cudowny, w którym Susumu Hirasawa zawarł kwintesencje swego muzycznego, wizjonerskiego świata.

Cała Byakkoya jest nieco "na jedno kopyto", choć różnorodności tu nie brakuje. Wybrałem akurat tę płytę, bo jest dla mnie najświeższa i mogłem do niej podejść najbardziej emocjonalnie. Jest również wypełniona rozmaitymi smaczkami, których troszkę brakowało na poprzednich albumach.

Chociaż Susumu Hirasawa brnie wciąż w swój nurt i rzadko kiedy stwierdza, że to jednak nie to i że warto wyjść z tej rzeki, by przejść do innej i zasmakować zgoła innego nurtu, to jego płyty różnią się. Styl jest spójny, wizja jest jedna (jak ktoś jej raz nie polubi, to pewnie nie polubi jej wcale), ale ewolucja ciągle trwa i widać, że kompozytor po prostu realizuje w muzyce samego siebie. Jeden człowiek - jeden styl, bo i jedno wnętrze.

Na zakończenie wspomnę o fakcie, który przyczynił się do poprowadzenia przeze mnie prezentacji Współczesna Muzyka Japońska: Inspiracje Taoistyczne na imprezie kulturalnej BUNMEI '06 w Poznaniu, a mianowicie o tym, że Susumu Hirasawa inspiruje się taoizmem. Taoizm - chińska filozofia powstała ok. V w.p.n.e., dla której podwaliny stworzył Lao Tsy. Mówiąca o harmonii, prymie intuicji (która wygrywa z intelektem), o naturalności i innych. Zainteresowanych odsyłam do internetowych przeglądarek. Muzyka Pana Hirasawy jest taoistyczna. Jest tu harmonia, która aż nadto graniczy czasem z chaosem. Jeśli nawet to nie taoizm w wersji tego człowieka, to jest to z pewnością silny dowód na inspirację (innym jest fakt, że każdemu koncertowi towarzyszy znak yin-yang).

Mam nadzieję, że ta skromna recenzja wielopłytowego dorobku muzyka-kompozytora, Susumu Hirasawy, zachęci czytelników serwisu do zapoznania się z tym odmiennym, a jednak bliskim naszym sercom światem.

Kaworu Nagisa


blog comments powered by Disqus