Raven's destiny - część 1
*9 lat wcześniej*
Czerwiec, 1982
Gdzieś w Japonii
- Herbaciana Róża Mediacji wypuściła pierwszy pączek. Wiesz chyba, panie, co to oznacza- oznajmiła Hi, przekręcając się głową do dołu, niczym nietoperz. Wszystkie kruki zamieszkujące święty gaj Kyoku Shinrin obsiadły, jak zawsze podczas Wielkiej Narady, otaczające kompleks świątyń krzyże z drzewa oliwkowego. Z daleka wyglądało to zaiste jak przerażenie siejąca, czarna, skrzydlata fala.
- Nie trzeba mi o tym przypominać- odrzekł Doumeno Karasu. Wschodzące słonce zetknęło się z przenikliwym spojrzeniem miedzianych oczu młodego ptaka.- Od pisklęcia pouczano mnie bez ustanku o tym, jaki jest mój wkład w nieprzerwany krąg Unmei i jak mam postępować, by jak najlepiej przygotować się do wypełnienia tego, po co przyszedłem na świat- skrzeknął cicho i jakby z rezygnacją. Chwilę później wzdrygnął się, uniósł łepek i zakrzyknął donośnie:- Tak, czarnopiórzy bracia i siostry, wiem dobrze, jaka chwila nastała. Nastała ona dla mnie, dla naszego gatunku, dla ludzi, dla całej Ziemi; czas nadszedł już na mnie, bym udowodnił, żem godzien noszenia przydomku mego rodu pradawnego: że to nie kolor oczu, a zdolność do przejęcia brzemienia, odpowiedzialności, umiejętność godnego przyjęcia gisei wyróżniają mnie spośród przeciętnych mas, czynią mnie dumnym spadkobiercą moich Przodków, do których co dnia dochodzą nasze śluby i modły. Wiedzcie też, że nie lękam się przyszłości, bo teraźniejszość nic już dla mnie nie ma. I nie byłbym nigdy bardziej szczęśliwy niż w momencie, w którym będę mógł odejść ze świadomością, że uczyniłem wszystko, by uczynić was, mych pobratymców, szczęśliwymi, by dać wam nadzieję na lepsze jutro.
Krótka, lakoniczna, ale szczera przemowa przeklętego swym Unmei wywołała poruszenie i aplauz w, zwykle beznamiętnych, krukach. Każdy czuł powagę chwili; oto przy Ołtarzu Junkyousha kiełkować zaczęła Róża Mediacji, znana dotąd tylko z mglistych podań i proroctw o bliżej nieokreślonym Dniu Obiecanym, który miał odegnaj "nadejść" i zmienić "wszystko". Dziś miał odbyć się pierwszy akt tego dziwnego, przypominającego równanie z wieloma niewiadomymi, dramatu. Ile było czynników, które mogły decydować o tym, czy będzie to komedia, czy też tragedia- nie wiedział nikt. Nawet krucza starszyzna, w skład której wchodziło pięć niedoścignionych pod względem mądrości, doświadczenia i respektu wśród współobywateli Kyoku Shinrin ptaków- Ki, Hi, Kaze, Sora i Mizu.
Rzeczony kwintet wzbił właśnie się w przestworza, głośno kracząc i szeleszcząc skrzydłami. Patrząc z góry na swojego przywódcę oraz mniej lub bardziej zwykłych członków stada, rozpoczął przemowę.
- Karasu, potomku najpotężniejszego i najświetniejszego rodu w historii kruczej!- zagaił Kaze.- Dziś, po tylu latach niepewności i wahania, mogę przyznać bez lęku, że obawialiśmy się o twoją postawę. Hańbą jest mi to przyznać, ale zwątpiłem w twą odwagę i zdolność do złożenia samego siebie oraz niewinnej kapłanki w ofierze na ołtarzu kruczej wspólnoty.
- Dziś wiemy, że tak jak nietrwałe są gałązki wierzby, trawione przez Wieczny Ogień, tak płonne były nasze wątpliwości. Dzisiejsza noc może sprawić, że poznamy nowego bohatera naszego narodu, którego imię nasze dzieci, wnuki, prawnuki i wsze pokolenia z nabożną czcią będą wymawiać- oświadczyła Ki.
- Zawżdy aby "prawdą" się to okazało, wszystko musi się wykonać, nim od tej chwili Słońce oplecie pełnym swym uściskiem Matkę Ziemię i ukaże się nam znów na wschodzie- rzekła Hi.
- Zdaj się tylko na siebie i nie lękaj złamania boskich zakazów- poradził stanowczo Sora.- Wkrocz na teren najświętszy, tam, gdzie znajduje się Ołtarz Junkyousha, i przekonaj się na własne oczy, że Dzień Obiecany już blisko. Wykorzystaj wtedy te niezwykłe zdolności, które masz w spadku po Przodkach, i niechaj Unmei twa cię prowadzi.
- Gdy zapalisz już te światło przyszłości dla Ziemi, wiedz, nim zamkniesz oczy, że cześć twa na zawsze pozostanie w naszej pamięci. Idź zatem, i niechaj Przodkowie twoi mają cię w swej opiece- zakończyła Mizu.
Słońce rozbłysło wysoko na niebie, gdy ptactwo, znane ze światłowstrętu, rozpierzchło się w swoją stronę. Na najwyższym krzyżu z drzewa oliwkowego pozostał samotny niby posąg pychy Doumeno Karasu. Patrzył swoimi miedzianymi oczyma prosto w oślepiającą, jaskrawozłotą tarczę, myśląc, że był to zapewne ostatni wschód słońca, jaki było mu dane zobaczyć na globie, który tak umiłował.
* * *
- Gisei- chan!
Gisei podniosła się z klęczek i zwróciła swą śliczną, prawie jeszcze dziecięcą, twarzyczkę w stronę, z której dobiegał głos. Jej fiołkowe oczy rozświetliła łuna zachodzącego słońca, przebijająca przez okno Kaplicy Pogranicza.
- Skończyłaś już?- spytała Riniko, hoża, jasnowłosa pomocnica bibliotekarek, najlepsza przyjaciółka Gisei, odkąd tylko ta znalazła się w "karasuno mori", młodsza od niej o dwa lata.
- Tak, Rini-chan. Już do ciebie idę!- oznajmiła młodziutka kapłanka sacrum, zwinnym ruchem wyskakując przez okienko i stając obok Riniko.
- Chodź, pokażę ci coś- Rini wzięła Gisei za łokieć i poprowadziła ją kilka metrów naprzód, do miejsca, gdzie rósł Herbaciany Krzew. Następnie przyklękła, odgarnęła kilka gałązek i oczom obu sukcesorek sekty Przeklętych ukazał się malutki, bezbarwny jeszcze, pączek.
- Rini...- wyszeptała Gisei w osłupieniu.- Jak ty...skąd ty o tym wiedziałaś?
- Ha- pozorując skromność, filigranowa nastolatka spuściła wzrok.- Widziałam, że kruki są dzisiaj strasznie poruszone, i domyśliłam się, że stało się coś niezwykłego. A że nasze onee-san odkąd tylko pamiętam trąbią o bliskości Dnia Obiecanego, postanowiłam sprawdzić, co się dzieje z naszą różyczką. No i widzisz? Już wkrótce zakwitnie, i "rozpocznie się odliczanie..."- dziewczynka zmieniła tembr swojego głosu na karykaturalnie złowrogi, przedrzeźniając sposób mówienia przeoryszy podczas jej przemów do wszystkich obywatelek Gaju.
- Ależ...nie przypuszczałam, że różyczka zakwitnie podczas naszej posługi!- wykrzyknęła Gisei.- Ach...może i mi się zdarzy czuwać przy Ołtarzu Junkyousha, gdy Róża będzie kwitnąć. Nie, nawet nie śmiem o tym marzyć.- pokręciła głową, a jeden z jej ciemnych warkoczy zaplątał się w Herbaciany Krzew.- Cholercia- mruknęła, a Rini zaczęła się śmiać. Gisei wyciągnęła rękę, aby oswobodzić pukiel swych włosów, i wówczas poczuła jakiś dziwny zew. Nieodparte pragnienie, by zetknąć swe palce ze świętym pączkiem.
- Aww- wydała nagle krótki, zdławiony krzyk, po czym upadła na ziemię, trzymając się za dłoń.
- Gisei -chan? Coś się stało?- spytała Rini, zaniepokojona.
- Moja...ręka...- jęknęła płaczliwie niebieskooka.- Musnęłam kwiat palcami i złapał mnie skurcz...
- Daj, rozmasuję ci- zaoferowała bibliotekarka. Po chwili w całym Kyoku Shirin słychać było donośny dzwon.
- Idziemy, czas już na kolację- ponagliła Rini. Obydwie adeptki udały się do dormitorium.
W jadłodajni usiadły tam, gdzie zawsze- przy stole dla nowicjuszek. Pełno było tam dziewcząt, które nie skończyły jeszcze 20 lat, odzianych na podobną modłę, co Rini i Gisei: w kuse, zwiewne, kolorowe sukieneczki, kończące się na połowie uda. Stroje te miały swym krojem podkreślać infantylność uczennic, ich kontrast wobec klasycznych, dojrzałych kimon "namaszczonych" kapłanek.
- Gisei- szepnęła Rini- zapamiętaj każdą chwilę dzisiejszego posiłku. Ostatni raz jesz przecież z nami.
- Tak...-odparła.- Ale na pewno wkrótce po mojej inicjacji wy do mnie dołączycie. Będę czekać!
- A...Gisei-chan- nieśmiało zagadnęła po chwili milczenia Rini.- Ty się w ogóle nie boisz?
- Bać...? Niby czego?- zdziwiła się ciemnowłosa.- 11 lat czekałam na ten moment, bym po całonocnym czuwaniu stała się służką Ołtarza Junkyousha. Dlaczego teraz mam chować głowę w piasek?
- Nigdy nie słyszałaś, jakie straszne rzeczy mogą się przytrafić podczas inicjacji w pełnię Księżyca?
- Rini-chan, nie bądź dziecinna i nie próbuj mnie teraz nastraszyć- westchnęła ze zniecierpliwieniem Gisei.- Jedzmy już lepiej, bo muszę się jak najszybciej przygotować.
Gisei, ku własnemu zaskoczeniu, nie tylko się nie bała, ale nawet nie czuła podniecenia przed nocą, która miała przeistoczyć ją, niedojrzałego podlotka, w prawdziwą kapłankę. Myśli jej zaprzątała teraz tylko tajemnicza roślina, której pojawienie się było wydatnym symptomem istnienia tego, co dotąd było Abstrakcją- niebezpiecznej bliskości "kresu". Spośród 77 kapłanek chramu żadna- z wyjątkiem dwóch "błogosławionych"- nie znała całej prawdy o cudownym kwiecie. Mówiono, że to święte ptaki Gaju, kruki, strzegą tajemnicy Herbacianej Róży. Gisei wiedziała jednak, że- według legendy- z chwilą narodzin pierwszego pączka policzone zostaną dni "trójcy skalanej". Dziewczyna nie miała pojęcia, czym była "trójca skalana", ale zasmucało ją to, że Dzień Obiecany już teraz miał pociągnąć za sobą swoje pierwsze ofiary. " To niesprawiedliwe", myślała. " Dlaczego niewinni mają przelać krew za grzechy tego świata?".
Gisei skończyła konsumpcję i wstała, a następnie krokiem pełnym godności i dystyngowania udała się w stronę drzwi. Odprowadzał ją wzrok rówieśniczek, wzrok pełen podziwu i nieudolnie skrywanej zazdrości. Gisei miała wszystko, co potrzebne było idealnej miko w chramie Shinrin- inteligencję, opanowanie, wytrwałość, pokorę, a nade wszystko- sympatię kapłańskiej starszyzny. Nic dziwnego, że od najwcześniejszych lat swojego pobytu w Gaju zaskarbiła sobie takie zaufanie, że posługiwała w takich świątyniach i uczestniczyła w takich ceremoniach, o jakich jej konkurentki mogły co najwyżej pomarzyć. I teraz jeszcze ta inicjacja w wieku niespełna 18 lat...To była kwintesencja najwyższego szczęścia, jakie mogło spotkać dziewiczą kapłankę. Bałwochwalczą niewdzięcznością byłoby ze strony wybranej jakiekolwiek inne odbieranie takiego zaszczytu.
O wchodzie księżyca przeorysza wręczyła Gisei klucz do Kardou Sakai oraz biało-czerwoną hakamę kapłanki, po czym sama udała się na spoczynek. Fiołkowooka rozejrzała się nostalgicznie po okolicy. Znajdowała się w samym centrum Kyoku Shinrin, dookoła niej zalegała idealna cisza, przerywana tylko urywanym krakaniem świętych ptaków. Gisei wiedziała, że jest zupełnie sama; na przeciwnych krańcach lasu, w świątyniach Słońca, Księżyca, Ziemi i Gwiazd czuwały wprawdzie inne służki, ale znajdowały się one wszystkie równo dwa kilometry od obszaru sacrum, w budowlach zorientowanych dokładnie na wchód, zachód, północ i południe. Gisei nagle zdała sobie sprawę, że jest samotna, i to uczucie przytłoczyło ją. Nie może liczyć na nikogo- pozostawiono ją na pastwę własnych lęków i wyobrażeń...
Chcąc odpędzić od siebie ponure myśli, udała się jak najszybciej do Kardou Sakai. Szczęknął zamek w kłódce. Młodziutka kapłanka wkroczyła do pachnącej opium, świeżą magnolią i drzewem cyprysowym kaplicy. Dziwnie się poczuła, swojsko, ale i obco zarazem; nie wiedziała, czy przybytek zachęca ją do wstąpienia w swe progi, czy też przeciwnie, chce wszelkimi środkami powstrzymać ją przed świętokradztwem.
Z zadumy wyrwał ją dziwny hałas, dobiegający z najważniejszej części świątyni, z miejsca, gdzie znajdował się Junkyousha Bachiatri. Zerwała się i pobiegła ile sił miała w wątłych nóżkach w stronę ołtarza.
Zarówno okna, jak i sam ołtarz przystrojone były białymi i karminowymi różami. W półmroku, w blasku skwierczących na podłodze świec, Gisei dojrzała sylwetkę wysokiego, szczupłego człowieka. Na tle okna widziała tylko jego profil, ale to wystarczyło, by ją sparaliżować.
Mężczyzna!
Mężczyźni nie mieli , pod groźbą kary śmierci, prawa wstępu do Kyoku Shinrin. Od śmierci ostatniego z Kumatsudai na świętym gruncie nie stanęła żadna męska stopa. Starsze kapłanki były bardzo restrykcyjne i bezwzględne, jeśli chodziło o utrzymywanie akoedukacyjnego stanu chramu. Nadmiernie ciekawscy delikwenci kończyli przeważnie z piersią przeszytą na wylot przez ofiarny sztylet. Tym bardziej zaskakujące, że osobnik ten znalazł się w samym centrum kompleksu, w najbardziej zazdrośnie strzeżonym punkcie.
Gisei przymknęła dyskretnie nogą drzwi, zbyt zaszokowana, by zdobyć się na jakikolwiek inny ruch. Przez głowę przelatywały jej tysiące myśli. Czy ten człowiek naprawdę istniał? Jeśli tak, kim był? Jak się zachować? Zaalarmować konfraterki, nie dopuścić do profanacji, pozwolić na egzekucję? Czy może poczekać, zobaczyć, jaki cel ma przybysz, nie dopuścić do rozlewu krwi?
Odwrócił się. Jego twarz znajdowała się idealnie na wprost oblicza Gisei, która teraz mogła dokładnie przyjrzeć się nieznajomemu. Zadrżała. Tak, był to mężczyzna, ale zupełnie inny od tych, których do tej pory w swym krótkim życiu widziała. On był po prostu...piękny. Subtelne, młodzieńcze rysy, długie, delikatne dłonie. Małe, zgrabne uszy, wąskie, mocno zarysowane usta. Bujna, rdzawa czupryna, sięgająca do połowy szyi, i wielkie, smutne oczy o cudownym, głębokim kolorze. Jakim? Chyba...miedzianym...
- A zatem...spotykamy się wreszcie, Karasuno Gisei!- uśmiechnął się leciutko, patrząc kapłance prosto w jej fiołkowe tęczówki. Gisei cofnęła się w obronnym odruchu.
- Kim jesteś i czego tu szukasz?!- warknęła szorstko. Chłopiec lekko spuścił wzrok.
- Dziś jestem Nikim i Nikim pozostanę- szepnął.- Tak samo jak i ty; będziemy Nicością wobec tego, co stanie się naszym udziałem, nim Słońce nowy dzień obwieści.
- Naszym...?- spojrzała nań pytająco, ciężko dysząc. Rozum podpowiadał je, że powinna pozbyć się tego faceta, nim stanie się coś strasznego, ale czuła, że nie będzie w stanie zrobić krzywdy temu dziwnemu osobnikowi zanim pozna jego cel i motywy. Nawet, gdyby to ją miały spotkać surowe konsekwencje.
- Gisei-chan...- powiedział, podchodząc do osłupiałej istoty.
- Skąd znasz moje imię!?- wykrzyknęła. Ale on, niezrażony, ciągnął:- Jestem największym nędznikiem na świecie, ponieważ dopuszczam, by ktoś, kto miałby przed sobą tak wielką przyszłość, przedwcześnie spotkał swą Unmei.
- O czym ty mówisz?!- oczy Gisei coraz bardziej lśniły w blasku Księżyca i płomieni. Obcy delikatnie ujął filigranową dłoń- tą samą, która przed godziną dotknęła nienarodzonego Świętego Kwiatu- i, nie wyczuwając oporu, przysunął do swej piersi. Gisei całym swym ciałem poczuła bicie jego serca.
- Potrafisz teraz powiedzieć, co czuję, prawda?- spytał rudowłosy.- Bez problemu poznasz moje lęki i wahania, czyż nie?
- Skąd...- przerwała, bo jej ciałem wstrząsnął zimny dreszcz. Tak, miała tę osobliwą zdolność od dziecka. Gdy przykładała dłoń do serca innego człowieka, odczuwała na sobie jego emocje. Ukrywała to, nawet w Kyoku Shinrin nikt o tym nie wiedział. Jej samej ten dziwny dar nie dawał szczęścia, a ludzie mogli pomyśleć, że chce go wykorzystać przeciw nim. Dlaczego ten podejrzany młodzian o pięknych rysach miał świadomość tego, co ze wszystkich sił próbowała uczynić tajemnicą...?
Mężczyzna o tęczówkach koloru miedzi oparł dłoń na jej podbródku i lekko go podniósł. W jego oczach żarzył się zagadkowy ogień.
- Wiesz już zatem, że prę naprzód, jak szaleniec rzucający się w przepaść głową w dół, chociaż bardzo się boję i jest mi żal. Wiedziałem, że moja Unmei zawiedzie mnie do niezwykłej kapłanki, kapłanki, która byłaby godna służyć samym bogom. Nie wziąłem tylko pod uwagę, że w chwili, gdy cię ujrzę, pokocham cię i będę gotów oddać za ciebie moje życie...
Gisei otworzyła szeroko oczy. Nie mogła uwierzyć twemu, co widziała, słyszała i czuła; nie kontrolowała się zupełnie, podchodząc bliżej do swojego rozmówcy.
- Zdradź mi chociaż- poprosiła, dotykając opuszkami palców kąta jego żuchwy- jak ci na imię...
Pochylił się nad nią i wyszeptał do ucha, dotykając go przy tym leciutko wargami:
- Tam, skąd pochodzę, zwą mnie Doumeno...
- Miedzianooki...- powtórzyła cicho, jej dłoń błądziła po twarzy młodzieńca. Ten zaś ujął jej rękę i delikatnie ją odsunął od siebie.
- Nie podejmuj pochopnych decyzji, Gisei- chan. Ty masz jeszcze przed sobą wybór, ja już nie.
- Tym bardziej nie mogłabym teraz cię opuścić- odparła, patrząc, jak migają światła w jego miedzianych tęczówkach.- Ja...również wybrałam już swą Unmei.
Nie odpowiedział nic. Wziął ją na ręce i złożył leciutki pocałunek na jej zaciśniętych ustach. Ona objęła go mocniej, jakby przeczuwała, że oto staje się jej udziałem to, co we wszystkich zakonach świata za największy grzech jest poczytywane.
Zsunęła się z jej nagich ramion zielona sukienka adeptki, padając obok białej, nieskalanej szaty " namaszczonej" kapłanki. Wargi Doumeno paliły jej delikatną skórę żywym ogniem. Pozwoliła pożądaniu, by ją opętało, w jednej chwili wyzbyła się wszystkiego, w co wierzyła przez 17 lat swojego życia. Liczyło się tylko jedno: prawda. Prawda, która była zawarta w tym jednym, szczupłym, miedzianookim człowieku.
Nie wiadomo nawet, kiedy zasnęli, wtuleni w swe obnażone ciała.
* * *
Wraz z przebłyskiem pierwszego promienia dnia uświęcone powietrze nad Kyoku Shinrin przeciął, niby świst, kobiecy krzyk:
- LARUM! ZGROZA! PROFANACJA! BIJCIE NA ALARM, SIOSTRY, BO OTO GRZECH POKALAŁ NASZĄ ZIEMIĘ!
Doumeno zerwał się, nie wypuszczając jednak Gisei ze swych objęć.
- Wykryli nas...-szepnął.
- Uciekaj!- rozkazała dziewczyna. - Gdy one się zajmą mną, będziesz miał swoją szansę!
- Postradałaś zmysły?- spytał, głaszcząc ją pobłażliwie po głowie, jak małe, niewinne dziecko, które coś zbroiło.- Już zapomniałaś?- wycedził jej do ucha.- Taka jest nasza Unmei...
- A więc to tak!?- usłyszeli krzyk
Do obszaru Junkyousha wparowało 5, może 6 najwyższych rangą kapłanek. Wszystkie śmiertelnie blade, przerażone i ze wzburzenia niemogące złapać oddechu.
- Wszystko rozumiem...- powiedziała najwyższa ofiarnica, zbliżając się do dwójki. Doumeno mocniej objął Gisei i w tym momencie dziewczyna spostrzegła sztylet w dłoni przełożonej. - My, stare, głupie, naiwne stworzenia, wierzyłyśmy, że wśród naszych dzieci jest ktoś, kto będzie godny czuwać przy Najświętszej Herbacianej Róży. Ale..- na jej znak dwie najbardziej krzepkie kobiety pochwyciły Gisei za łokcie i brutalnie szarpnęły ją przed oblicze ofiarnicy-... nie spodziewałyśmy się, że hodujemy na swej piersi zwykłą dziwkę!
Z całej siły spoliczkowała adeptkę, a następnie zamierzyła się na nią sztyletem. Gisei nawet nie drgnęła, nie wyrywała się wciąż trzymającym ją kobietom, nie zamknęła oczu. Spokojnie śledziła ruch ostrza w powietrzu...
- DOUMENO!- jęknęła nagle z rozpaczą. Jej zdrową, kolorem przypominającą płatek sakury, skórę splamiła jasnoczerwona posoka. Przed Gisei klęczał młody mężczyzna, do ostatniej chwili mocno ją obejmujący; pod jego lewą łopatką tkwił sztylet.
- Dlaczego...-szepnęła, a z fiołków na jej twarzy popłynął niepohamowany, krystaliczny strumień.- Powiedz mi, błagam cię, dlaczego?!
Resztką sił spojrzał w górę i Gisei po raz ostatni zobaczyła jego oczy. Ciemnoczerwone, niezłomne, płonące dzikim ogniem oczy.
- Bo...cię kochałem...Unmei...ty musisz żyć...- wyszeptał i osunął się na posadzkę pod ołtarzem.
W międzyczasie strażniczki ocknęły się z szoku. Ofiarnica pochyliła się nad zwłokami i , wyciągnąwszy sztylet, przewróciła je na wznak.
- Ho, ho- zarechotała diabolicznie.- Muszę ci powiedzieć, mała, że może i był warty grzechu.
Gisei bez mrugnięcia okiem przełknęła zniewagę.
- Droga wolna, zabij mnie- oznajmiła.
- Jak dla mnie, to nie ma problemu- odrzekła ofiarnica.
W tej chwili przez uchylone okna i drzwi do kaplicy wleciała gromada kruków, które, robiąc straszliwy hałas i trzepocząc skrzydłami, przykryły Gisei i osłoniły przed ciosem.
- Święte ptaki- szeptały między sobą kapłanki, mocno poruszone zaistniałą sytuacją.
- Zaczekaj- powiedziała przeorysza do ofiarnicy, powstrzymując ruch jej dłoni. Przeorysza była wysoką, choć nieco krępą, przystojną kobietą w średnim wieku. Miała ciekawą twarz i oryginalną urodę; samym wyglądem wzbudzała respekt wśród podopiecznych.- Jeżeli nasi skrzydlaci przyjaciele bronią tej małej rozpustnicy, to znak, że niebiosa chcą, by spełniono ostatnią wolę tego chłopca.
- Zrobię co każesz, Wasza Dostojność- usłużnie odparła ofiarnica.
- Co z nią poczniemy?- spytała główna bibliotekarka.- Nasze święte zasady mówią wyraźnie, że zarówno za zbrukanie Kaplicy, za sprowadzenie na nasz teren mężczyzny, jak i za utratę dziewictwa, kapłanka winna ponieść śmierć. Widzisz jakąś alternatywę przy takiej kulminacji?
- To jest szczególny przypadek- odparła przeorysza.- Pozwólcie, że ja zadecyduję o jej losie.
Podeszła do adeptki, spojrzała jej w oczy- które zdawały się być puste i pozbawione życia- i oświadczyła:
- Karasuno Gisei, wiesz, jak bardzo zgrzeszyłaś i jaka powinna spotkać cię kara za twój występek. Bogowie i święte kruki- westchnęła, wznosząc wzrok ku niebu- bądźcie pobłażliwi, jeśli teraz popełniam błąd. Karasuno Gisei, w imieniu obrony praw i czci Kyoku Shinrin skazuję cię na dożywotnią banicję, bez żadnej możliwości odwołania ni powrotu. Wyprowadzić ją!
Po chwili przeorysza została w Kaplicy sama, w ofiarnicy towarzystwie ino. Po dość długim milczeniu ta druga bezceremonialnie zagadnęła swą przełożoną:
- Co zrobić z trupem?
- Spalić- odrzekła nieprzytomnie.
I w momencie, gdy na głównym stosie całopalnym pierwszy płomień liznął ludzkie ciało 76. dziedzica Doumeno, za nagą, rozczochraną, bezdomną i bezbronną Gisei zatrzasnęła się brama wejściowa Kyoku Shinrin.




